poniedziałek, 11 lutego 2019

Z Gili Air do Ubud

O 8:00 stawiłyśmy się w porcie na wysepce Gili Air (czerwona strzałka). W kwestii czasu
podróży do Ubud - bo kupiłyśmy bilet do samego Ubud (200.000 rupii) - zeznania się nieco
różniły. Jedni mówili, że podróż trwa 4h, inni że 6h.

Pierwszy etap podróży łodzią na Lombok trwał ok. 15 minut. Łódka wypłynęła nieco przed
czasem. Na Lomboku miałyśmy szukać baru, skąd rozpoczniemy następny etap podróży,
czyli jazdę busem do portu, z którego z kolei odpływa wielka państwowa łódź. 

Na Lomboku łódź nie dobiła do samej plaży i trzeba było zejść z niej prosto do wody.
Oczywiście dookoła pojawiło się kilku lokalnych mężczyzn oferujących pomoc przy
przeniesieniu bagażu. Właściwie nie miałyśmy wiele do gadania. Plecaki zabrano z łodzi, a
jedyne co mogłyśmy zrobić to podążyć za panami i naszym wakacyjnym majątkiem. Nie
zdziwiło mnie, że na lądzie facet za przeniesienie plecaka (może 20 m) zażądał 50.000 rupii
(ok. 14 zł). Odruchowo powiedziałam mu, że oszalał! 5.000 dam. Więcej nie! Trochę się
pultał, ale uległ.
We wspomnianej kawiarni okazało się, że bus będzie za ok godzinę...



I był. Czekając dowiedziałyśmy się, że inni podróżujący z powodu burzy, która nawiedziła wyspy, nie mogli dzień wcześniej wrócić na Bali.  Liczyli na to, że dziś dotrą do Denpasar na lot o godzinie 19:00.
Hm. Czarno to widzę.
Do portu bus jechał ponad godzinę a statek, który miał wypłynąć o12:00 ruszy się o 12:30. 
Zanim to nastąpiło stado sprzedawców, chipsów, zupek chińskich, owoców, napojów, ryżu, piwa i znowu chipsów, zupek, owoców, ryżu itd przewaliło się przez statek zakłócając spokój podróżujących. Byli wkurzający z tym pytaniem 100 razy czy czego nie potrzebuje. Po 5 godzinach zatęskniłam za nimi kiedy statek stanął jakieś 200 m od portu i usłyszeliśmy komunikat, że długo do niego nie wpłyniemy. Trzeba czekać.



Wpłynął po 3h. Gdybym wiedziała, że tak będzie wyglądała nasza podróż, chętnie od
natrętnych sprzedawców kupiłabym więcej prowiantu. PO tylu godzinach dopadł mnie głód.
O tym jak wyglądało wyjście ze statku możecie zobaczyć filmik na Facebooku ---> facebook

W porcie okazało się, że do Ubud jedzie jedynie 5 osób, więc zapakowano nas w samochód i
ruszyliśmy. Kierowcą był młody chłopak, a jego ojciec nawigował. Prędkość była zawrotna
i przez chwilę nawet ucieszyłam się, że szybciej dotrzemy do celu.
Niestety, kierowcę zaskoczyła dziura w asfalcie jak drogowców zima. Zatrzymaliśmy się z
wyrwanym kawałkiem opony i moim rosnącym wkurzeniem.
Co jeszcze się dziś wydarzy do cholery???
Jak zobaczyłam próbę wymiany opony zalała mnie krew. Masakra. Już miałam wizję, jak
siedzę tam całą noc i czekam aż panowie znajdą pasujący klucz do śrub w feldze. I żeby tego
było mało, zaczęło nagle lać. I nie tam, że mały deszczyk, kapuśniaczek. Ulewa!

Podróżowała z nami para. Dziewczyna schowała się w samochodzie, a chłopak ze mną, Wiolą
i Izą schował się kilka metrów dalej pod dachem małej wiaty. Kiedy uciekaliśmy przed ulewą
zobaczyłam, że nasz samochód z otwartym bagażnikiem i chowającymi się pod drzwiami
bagażnika ojcem i synem stoi w dość ciemnym miejscu. Nie włączyli nawet awaryjnych
świateł. Zaniepokoiło mnie to, ale ...
Kiedy tak czekaliśmy aż deszcz przestanie padać, rozległ się huk. W nasz samochód wjechał
z impetem skuter. Z dziewczynami zamarłyśmy, a nasz nowy kolega zaczął się śmiać.

Sytuacja była tak absurdalna, że aż nieprawdopodobna!

Gdy wróciliśmy do samochodu okazało się, że kierowca skutera siedzi na ziemi, a pasażer
dyskutuje z naszym "ojcem".  Sądziłam że wezwą policję i karetkę, ale nic takiego się nie
wydarzyło. Po ok. 20 min dojechał na kolejnym skuterze jakiś znajomy naszego "ojca" z
kluczem pasujących do śrub w feldze, a wcześniej poobijany siedzący na ziemi kierowca
skutera nr 1 wsiadł z nim na swoją maszynę i odjechał.
Kosmos. Zwłaszcza, że wspomniany kierowca skutera dziwnie się zachowywał.  Miałam
wrażenie, że musiał mocno przywalić w coś głową ...
Koło zostało zmienione i dojechałyśmy do Ubud ok 23:00.
Szczerze byłam wściekła. Wiem, że to wakacje i powinnam wyluzować, ale cała sytuacja była
dziwna. Dziewczyny wkurzyły się, że podskoczyło mi ciśnienie, ale serio wyglądało to
wszystko jak scena z filmu "Oszukać przeznaczanie", a ja nie chciałam szukać grabarza balijskiego ;-)

sobota, 2 lutego 2019

Gili air - zostajemy dzień dłużej

Jest pięknie ...
Zostajemy jedną noc dłużej.
Poprzedniego wieczora pora deszczowa dała się przez chwilę odczuć. Kiedy szukałyśmy knajpki na obiad zlał nasz deszcz, podobnie było przy kolacji.

W nocy rozpętała się burza. Całe szczęście nasz hostel jest w samym centrum wyspy i było słychać szalejących fal. Rano jednak okazało się, że zniszczenia są całkiem spore, a fale wdarły się dość głęboko w ląd zmywając z plaż restauracyjne wiaty, huśtawki i bary.



Dzień spędziłyśmy na plaży, a wieczorem ruszyłyśmy kupić bilet na szybką łódź, która miała nas przetransportować na Bali. Okazało się, że jutro nie popłynie nic. Pojutrze i popojutrze także.
Pogoda pozwala przepłynąć jedynie dużej łodzi państwowej. Podróż trwa ok 6 h, ale alternatywą jest jedynie samolot z Lomboku.

Woda wydawała się spokojna, ale nie było wyjścia. Bilet na wielką, wolną łajbę kupiony. Jutro płyniemy na Bali i busem prosto z portu przemieścimy się do Ubud.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Lovina -> Amed -> Gili Air

Wczoraj o godzinie 9:00 rano opuściłyśmy nasz hotel w Lovinie, "Lovina Loca" ->> LINK.  
Serdecznie polecam to miejsce. Super warunki za rozsądne pieniądze.

Gdy dojechałyśmy do Amed  (zamówione w hotelu taxi 150.000 rupii za osobę) okazało się że odpłynęły już wszystkie łodzie na Gili. Postanowiłyśmy więc zostać na noc w miejscowości, która przypominała mi Agonde, moje ulubione miejsce na Goa. 
Amed to wioska z hotelikami i knajpkami, która ciągnie się wzdłuż morza. Pełno tu firm proponujących naukę nurkowania i wyprawy nurkowe.
Sympatycznie i cicho. Nie wiem jak jest poza sezonem ale teraz było naprawdę przyjemnie.
Plaże w Amed mają ciemny kolor, a to dlatego, że są wulkaniczne.

Pierwszy raz udało się wykąpać na Bali, woda była wspaniała :-)

Amed




Dziś rano ruszyłyśmy szybką łodzią na Gili Air. Jak się okazało z Amed nie wypływką państwowe łodzie. Można tu kupić natomiast bilety na prywatne szybkie łodzie, które w ok 1h dopływają na Gili. Cena to 300.000 rupii za os.



Gili to 3 wyspy niedaleko Lomboku.

Gili Trawangan - największa i ponoć najbardziej imprezowa,
Gili Meno - średnia wyspa
Gili Air - najmniejsza i  najbardziej zielona.


Ja wybrałam tą ostatnią.

dy tylko dopłynęłyśmy i zaniosłyśmy plecaki do hotelu ruszyłyśmy na plażę. Na wyspie nie ma wielu turystów. Jest pora deszczowa i część restauracji i hoteli jest nieczynna. Nie zmienia to faktu, że deszcz zaczął padać wieczorem i można było plażować przez większość dnia. Plaża była tylko dla nas.







sobota, 19 stycznia 2019

Sekumpul Wodospad

Dziś wybrałyśmy się na wycieczka w stronę wodospadu Sekumpul. Miałyśmy jechać tanią taksówką ale okazało się, że nie da się jej zamówić (130.000 w jedną stronę). W najbliższym biurze zamówiłyśmy normalną taxi i zapłaciłyśmy 400.000 rupii za całość. Kierowca oczywiści poczekał na nas na miejscu. Odległość od Loviny do wodospadu to ok 24 km.
Ruszając w trasę trzeba być ostrożnym, bo na wstępie namawiają do wykupienia wycieczki z przewodnikiem. Troch to wygląda jak budka z biletem wstępu ale nie dajcie się nabrać. Przewodnik nie jest do niczego potrzebny, a wszelkie argumenty przemawiające za jego "wykupieniem" są zwykłam naciąganiem.

Dopiero dalej płaci się za bilet wstępu (20.000 rupii) i można schodzić w stronę wodospadu.







100 metrów dalej są kolejne 3 wodospady. Wjazd 15.000 rupii.





Warto się tam wybrać. Dobrze zabrać też ze sobą ubranie na przebranie lub kostium kąpielowy i w nim podchodzić bliżej do wodospadów. Ich wysokość jest tak duża, że spadająca na ziemię woda tworzą gęstą mżawkę. Chyba tak mogę to nazwać.

piątek, 18 stycznia 2019

Lovina

Dziś pospałyśmy... 
Śniadanie pierwsza klasa. Podawane od 7:00 do oporu - czyli idealne dla nas ;-)


Pogoda była dość dobra. Trochę chmur ale bez deszczu. Zrobiłyśmy sobie spacer brzegiem morza i małe zakupy.

 




Plaże są kompletnie puste. Widać, że jesteśmy poza sezonem. Nam to nie przeszkadza. Sądzę, że w szczycie pory suchej miasteczko zamienia się w wielką imprezę niestety.



Wieczorem kolacja i...

... wreszcie miała smak!!!

Pycha. Zjadłam sate ayam (chicken sate), czyli szaszłyki z kurczaka w sosie orzechowym. Leniwy dzień pełen przyjemności jednym słowem.


Z Bedugul do Loviny

O 13:00 miałyśmy mieć busa z Bedugul do Loviny (75.000 rupii). Miałyśmy, bo przejechał nieco później.
Ale z wielką radością opuściłyśmy "górskie" tereny Bali. Poniżej mapka poglądowa trasy, którą zrobiłyśmy do tej pory. Poglądowa, bo bus jechał nieco innymi trasami ale bardzo ogólnie przedstawia drogę, którą pokonałyśmy. Trasa dość krótka ale kręta. Jak macie chorobę lokomocyjną to radzę się przygotować.


Lovina przywitała nas deszczem i wrednym kierowcą rozpadającego się tycibusika. Zobaczył, że idziemy z plecakami i zaczął nagabywać, że zawiezie do hotelu za chip prajs. Pod sam hotel! Ja rozumiem, że jesteśmy poza sezonem i jest mało turystów, a z nich się tutaj głównie ludzie utrzymują, ale poziomu bycia natrętnym przekracza nawet kilkukrotnie Egipt. To zwyczajnie męczy.
Ostatecznie facet sam zszedł z pierwotnej ceny wiec wsiadłyśmy do busika. Do tego zaczęło lać  więc nie opierałyśmy się zbyt długo ;-)


Miasto w deszczu wielkiego wrażenia na nas nie zrobiło, a widziałyśmy kawałek, bo wspomniany kierowca busa kompletnie nie wiedział gdzie jest hotel, który wybrałyśmy. Krążył po ulicach pytając lokalnych o Hotel Lovina Loca. Nikt nie wiedział gdzie jest. Wkurzony chyba sam na siebie zażądał  więcej kasy za dalszą jazdę, a my zgodnie z wcześniejszą jego obietnicą oczekiwałyśmy, że dowiezie nas do celu.
Dowiózł ale nasłuchałyśmy się jak to z nigo zrobiłyśmy bankruta. Hm, już to ostatnio słyszałyśmy kilka razy.
Hotel okazał się super. Noc kosztuje 300.000 rupii za 3 osoby. Mamy trzy czyściutkie łóżka i łazienkę. Do tego super taras i przemiłą obsługę. Lokalny bar serwuje śniadanie (w cenie pokoju) i dania europejskie. 





W związku z tym, że pogoda nie zmieniała się cały dzień i lało postanowiłyśmy wybrać się na SPA. Masaż w stylu balijskim 1h ok 150.000 rupii. Było warto. Wieczorem kolacja europejska (grecka sałatka) i wreszcie zaczynam czuć odpoczynek ;-) Zdjęć ze SPA z przyczyn zrozumiałych, mam nadzieję, nie zamieszczam. Było super ;-)

czwartek, 17 stycznia 2019

Bedugul i Świątynia Ulun Danu Bratan

Kolejny dzień w Bedugul. 
Nasz hotel jest koszmarny. Po łazience zasuwają karaluchy w rozmiarze XXL, łóżko delikatni mówiąc jest niewygodne.
Po 4:00 na ranem obudził nas głos muezzina nawołującego z meczetu. Nie dało się spać. Kiedy już przestał i zaczynałyśmy przysypiać uruchomił się kogut.
W rezultacie spałyśmy chyba do 11:00 nadrabiając przerwy nadranne :-) Przepadło nam śniadanie, które niby miałyśmy w cenie ale patrząc na czystość w hotelu nie spieszyło się nam  do zjedzenia tego co przygotują.
W desperacji na śniadanie (po 12:00) ruszyłyśmy do knajpy gdzie podawali frytki.


Zanim tu przyjechałam naczytałam się jak wspaniałe żarcie tu mają. Obserwowana przeze mnie para prowadząca vloga, podróżująca po Azji, głównie jadła zachwycając się smakami. 
Niestety ale albo my trafiamy na takie dno albo żarcie tu jest obrzydliwe. Stawiam na to drugie.

Ostatecznie okazało się, że nawet frytki z mrożonych gotowych ziemniaków da się schrzanić. Były podłe.

Po tak pożywnym śniadaniu ruszyłyśmy do świątyni Ulun Danu Bratan (wejście 40.000 rupii). Zobaczyć ją można na banknocie 50.000 rupii. Jest to świątynia hinduistyczna, najczęściej fotografowana na Bali. Powstała w XVII wieku na brzegu jeziora Bratan, otoczona jest pięknym i doskonale zadbanym ogrodem. I tyle zadbanego terenu w całym mieście. Reszt to koszmar. 


Poza świątynią miasto nie ma nic do zaoferowania. Niestety.
Jedyne co mi się tu podoba to kwiaty. Przy świątyni były przepiękne, a na mieście można zobaczyć sklepy z sadzonkami.










Bardzo zafascynowane jesteśmy gustem lokalnej ludności. Pomniki i różne postaci ubarwiające przestrzeń mają dość oryginalny wymiar.
Nie mogłam się oprzeć.


W planie miałyśmy jeszcze spacer do parku botanicznego ale dostałam informację, że po fejsie krąży reklama mojej blogowej strony (beznadziejna zresztą), której nie tworzyłam. Walczyłam z nią cały wieczór. Próbowałam zablokować ale działała nadal...  eh. Póki co problem zażegnany ale sprawdzam i kontroluje Facebooka.
Na obiadokolacje poszłyśmy do JFC (skuszone obietnicą europejskiego żarcia :-)), lokalnego odpowiednika KFC. Zamówione burgery z kurczakiem miały kotleta szerokości 1 mm! Do tego mimo śladowej ilości mięsa leżał nam na żołądku do rana. Tym Miłym akcentem i radością, że kolejnego dnia zmieniamy lokalizację, zakończyłyśmy dzień.