Boliwiana - Pisiga
Kolejny dzień i śniadanko o 6:30. Czujemy się różnie. Panowie nieco lepiej, a ja obudziłam się jak na ostrym kacu. Boli głowa i wszystkie kości. Pić się chce. Taki mix kaca z grypą, a dodam, że nic nie piłam 😉 Ibuprom jednak znowu załatwił sprawę i ruszyliśmy w trasę do miejscowości Pisiga ostatniej wsi przed granicą z Chile. Ma się tam odbyć zjazd młodzieży i związane z tym uroczystości. Więc w drogę... Lamy, wikunie, owce i alpaki spacerują w okolicach wiosek. Widoki dla nas nietypowe. Wikunie (powyżej) to taki mix sarny z lamą. Poruszają się z taką gracją, że mówi się na nie "księżniczki". Faktycznie są niesamowicie dystyngowane. Dotarliśmy do Pisigi. Samo miasteczko (a raczej wioska) są senne i nic się w nich nie dzieje. Jedyną atrakcją jest tu przejście graniczne z Chile i oczywiście piękne widoki. Po co wieszać reklamę kiedy można ją namalować. Tak dzieje się najczęściej z reklamami sieci telefonicznych i plak...
A te węże to w oliwie czy w occie :)
OdpowiedzUsuńTo ja poprosze taka flaszeczke; jak pić to pić:)
OdpowiedzUsuńJedzonko wygląda całkiem fajne, czarna kura wymiata:]
Moo
Ciekawe, czy można przywieźć taką buteleczkę z wężem? To w Wietnamie się pewnie mówi: "Wąż lubi pływać" ;-)
OdpowiedzUsuńMeeee
Z przywozem do Polski moze być cięzko. Chyba ze bedziesz miala szczescie i nie zostaniesz losowo wybraną osobą do przegzebania bagazu:)
OdpowiedzUsuńLepiej wypić na miejscu i mieć węża w kieszeni:]
Moo